sobota, 1 listopada 2014

Od Vanitasa C.D. Gawrona

Zorientowawszy się, że dalsze rzucanie się nie ma sensu, odpuściłem. Gwałtowny napływ adrenaliny po niespodziewanym ataku nieznajomego mocno trzymał moje ciało w walecznym pobudzeniu. Warknąłem cicho, a serce kazało mi rzucić się na biało-szarą postać przed sobą. Zrobiłbym to już dawno temu, ale tajemniczy wilk w dalszym ciągu okryty twardymi niczym stal skrzydłami uniemożliwiał mi skuteczny atak.
- Wynoś się stąd, jeśli ci życie miłe. - rzuciłem ostro i już miałem odejść, ale głos wadery zatrzymał mnie:
- Gdybyś był milszy, przeprosiłabym za swoją pomyłkę związaną z naskoczeniem na ciebie. - odparła na to spokojnie, ale i tak wiedziałem, że wewnątrz ma ochotę na mnie nakrzyczeć.
- Ah tak? - zapytałem oschle, odwracając się w jej stronę. - Może jeszcze mam cię przytulić na dzień dobry?
- Nie wymagam od ciebie niewiadomo czego. Wystarczyłoby zwykłe: "Kim jesteś"?
Odwróciłem oczami, wzdychając ciężko. Kolejna, osamotniona osóbka szukająca znajomych.
- Niech już ci będzie, na imię mi Vanitas. A ty jesteś...?
- Gawron, poszukuję watahy. Należysz może do jakieś?
- Nie interesuj się. Te ślady znad wodospadu należą do ciebie?
- Nie odpowiada się pytaniem na pytanie.
Parsknąłem ironicznym śmiechem. Gdybym potrzebował niani, zadzwoniłbym do Doroty Zawadzkiej. Tylko, że przy jej zasadach dobrego wychowania zapewne spędziłbym pół swojego nędznego (i zarazem krótkiego) życia na tym przeklętym, karnym jeżyku. Nie odezwawszy się już ani razu, ruszyłem w tylko sobie znanym kierunku. Nie potrzebowałem żadnych specjalnych mocy jasnowidzenia by przewidzieć, że ta natrętna Wrona.. tfu! Gawron podąży za mną. Oczywiście, że chciałem zbyć nieproszonego gościa, ale wiedziałem, że przez te niezniszczalne skrzydła jest to praktycznie niemożliwe. Westchnąłem po raz kolejny, tym razem głośniej.
- Ok, załatwmy to szybko. - rzekłem po dłuższym czasie, patrząc na Gawrona. - Grzecznie cię proszę, odczep się ode mnie. Dlaczego w ogóle za mną idziesz?
- Pytałam, czy należysz do jakieś watahy. Nie słuchasz mnie, więc ja robię to samo.
Ze zdziwienia aż zadrżała mi powieka prawego oka. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś mi się stawia - zwłaszcza wadera. Zupełnie zbity z tropu, bezwiednie oblizałem pysk zwilżając czarny nos. Wiele szczeniąt z dawnej grupy rodziców obawiało się mnie tak bardzo, że ich nogi uginały się pod nimi na choćby cichy pomruk pochodzący z mojego gardła. Paszcza uzbrojona w 42 zabójczo ostre zębiska stanowiła skuteczną broń nie tylko przed dokuczliwymi równieśnikami, ale dodawała także poczucia wyższości i siły zarazem. Strach? - paniczna fobia przed ciemnością była mi obca ze względu na żywioł, który posiadam. Jestem niczym bomba z opóźnionym zapalnikiem gotowym wybuchnąć o każdej porze dnia i nocy. Gwałtowny skok furii płynący w żyłach, pompowany przez silne niczym tysiąc mężczyzn serce potrafiło stawić czoła nawet najsilniejszym basiorom, a jednocześnie skutecznie tłumiło uczucie lęku.
- Należe, jeżeli ta informacja jest ci tak bardzo potrzebna do życia. Możesz iść ze mną, ale błagam cię, nie męcz mnie już swoją gadaniną.
Wilczyca pokiwała głową z aprobatą, jednocześnie dumna, że koniec końców osiągnęła swój cel. "Spacer" minął nam bez zbędnych dźwięków osób trzecich, czy chociażby drugich, więc i ja byłem w pewnym sensie zadowolony. Docierając do Jaskini, bystre oko Nave'a zdążyło nas wypatrzeć już dużo wcześniej.
- Vanitas, co ja widzę? Przyszedłeś przedstawić nam swoją dziewczyną? - zapytał z tym swoim głupawym uśmieszkiem za co miałem ochotę go rozszarpać.
- Jeszcze jedno słowo, a... - tu przerwałem, bo dostałem po głowie od Hayden'a, znudzonego naszymi ciągłymi sprzeczkami.
Anabelle także zdążyła się zorientować w zaistniałej sytuacji i wolnym krokiem podeszła do nieznajomej.
- Van, to ty ją tutaj przyprowadziłeś? - zapytała, patrząc na mnie.
- Szukała watahy, a przy okazji... nie chciała odejść. Stwierdziłem, że lepiej żeby przyszła tutaj ze mną.
- Co zamierzasz, Anabelle? - spytała po chwili Amber w zniecierpliwieniu czekając na odpowiedź.


[Anabelle?]

czwartek, 30 października 2014

Od Gawrona

Wędrowałam przez las w poszukiwaniu... ciężko określić czego, ponieważ tu niczego nie ma! Najwyraźniej zbłądziłam. Narząd lotu włóczył się po ziemi, był wyłącznie ciężarem. Zamiast czuć się lekka, jak ptak - ja miałam wrażenie, że zaraz grunt zniknie mi spod łap. Wyczuwałam sporo innych wilków, ale zmęczenie wzięło górę. Wszystkie zapachy zmieszały się ze sobą. ,,Mogłaś zostać pod skrzydłem mamusi'' - zaśmiałam się w duchu.
Knieje wydawały się ciekawym miejscem na odpoczynek, jednak to nie dla mnie. Odbiłam się z impetem od podłoża i w ułamku sekundy znalazłam się ponad wdzięcznymi koronami drzew. Pokryta kawałkiem lasu szukałam jakiejkolwiek watahy. Zgadnijcie co znalazłam... okrągłe zero. Skurczybyki się nieźle zaszyły na tym terenie. Moja w tym głowa, aby ich odszukać.
Skierowałam się ku oddalonym wodospadom. Jak dobrze znów móc się unieść. Jedyny minus stanowiły muchy wpadające do ust. W górze wody nie było zbyt wiele przestrzeni, bym mogła spokojnie wylądować. Cóż, jakoś trzeba sobie radzić. Przystąpiłam do lądowania, które nie okazało się pomyślne. Nie udało mi się zahamować na mokrych skałach. Mało brakowało, a wpadłabym do wielkiego, rwącego potoku. Pióra - tyle by ze mnie zostało.
Następnie już spokojnie przeniosłam się do części leśnej. Przysiadłam na niedużej skale, słuchając śpiewu barwnych ptaków. Tego mi brakowało. Chociaż była jeszcze jedna, bardzo istotna rzecz... marudne kiszki marsza grały. Świetnie się złożyło, zauważyłam delikatny ruch w zaroślach, zaledwie kilka metrów ode mnie. Nie myśląc, co to za zwierzę rzuciłam się prosto w krzaki bez zbędnych ceregieli. Nagle poczułam mocne uderzenie o twardą ziemię. Przeciwnik warknął, kłapnął pyskiem, po czym uniósł łapę do góry. Momentalnie okryłam się skrzydłami. Jego szpony przejechały po nich, wydając donośny pisk.
- A drap. Prędzej pazury sobie połamiesz - parsknęłam, wciąż kryjąc się za tarczą.

[Vanitas :'D?]

wtorek, 28 października 2014

poniedziałek, 27 października 2014

Loner odchodzi

Pożegnajmy Loner ;c

Od Vanitasa C.D. Od Anabelle

Obudziłem się wyjątkowo wcześnie. Wszyscy członkowie watahy wciąż uwięzieni w objęciach Morfeusza... Promienie słońca spokojnie drzemały pod pokrywami ciemnych chmur. Podniosłem się ociężale i jakby od niechcenia ruszyłem na spotkanie nocnego świata, w dalszym ciągu pokrytego gwiazdami. Powiew chłodnego wiatru błyskawicznie orzeźwił ospałe ciało. Postanowiłem wyręczyć resztę i upolować dla nich pożywne śniadanie. Nie musiałem długo czekać: niesforna łania łudząca się, że wreszcie znalazła schronienie w bujnych krzewach lasu wydawała mi się idealnym rozwiązaniem na zabicie prawdziwego wilczego głodu. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, ruszyłem w jej kierunku. Nie potrzebowałem się ukrywać: byłem zabójcą, a nie żadnym myśliwym. Gdy tylko przyszła ofiara uciekła w popłochu, rzuciłem się w szalony pościg za kopytnym ssakiem. Pewny uścisk szczęk i zwierzę już leżało martwe, barwiąc jasnozieloną trawę na odcienie żywej purpury. Nim doniosłem ją do legowiska moi współtowarzysze zdążyli się obudzić.
Zadziwiające jak wiele czasu poświęcałem rozmyśleniom...
Godziny przelewały mi się przez łapy tak jak woda strumienia przecinała wapienne skały, aby kontynuować nieustanną wędrówkę. Zostawiłem lanię obok wejścia do jaskini i w milczeniu usiadłem obok. Anabelle podeszła do mnie i skinieniem łba podziękowała za dobry uczynek. W odpowiedzi prychnąłem z pogardą. W moich wspomnieniach widziałem wiele wilków darzących mą osobę szczególną sympatią. Jednak ja zawsze ich otrącałem. Miłość mnie przerażała, odpychała - była czymś w rodzaju kajdanów więżących ciało i umysł. Jeżeli raz jej zaznałeś już nigdy nie potrafiłeś bez niej żyć. Niestety, głód zwyciężył, więc postanowiłem także dołączyć do posiłku. Po paru minutach usłyszałem wrzask Alfy, a następnie ogromny cień ze skrzydłami. Wielki, biały basior postanowił złożyć nam niezapowiedzianą wizytę. Czym prędzej powaliłem go na ziemię: myśl o kolejnej walce wywołała u mnie niepohamowaną euforię.

***

Po ostrej wymianie słów oraz lekkim użeraniu się z nowo przybyłym, Nave stał się pełnoprawnym członkiem watahy. Szczerze powiedziawszy nie lubiłem go: był wyjątkowo upierdliwy. Wciąż mnie denerwował, czasami aż miałem wrażenie, że całe dnie spędza na knuciu kolejnych niecnych planów jaki numer wywinąć tym razem. Nie odczuwał emocji, jak wspomniał na samym początku - mimo to bardzo często z jego pyska dało się usłyszeć donośny chichot rozbawionej hieny. Z czasem przyzwyczaiłem się do jego chamskich zagrywek. Jako, że nie odpuszczałem nikomu ani niczemu, zawsze odpłacałem basiorowi pięknym za nadobne. To sprawiło, że Anebelle miała łapy pełne roboty: potrafiła przesiadywać długie godziny na gojeniu naszych ran powstałych podczas wspólnych "zabaw".
- Wy się kiedyś pozabijacie... - to zdanie wypowiadane z ust Amber stało się niemal melodią dla moich uszu.
- Hej, białogłowy! - krzyknął Nave, a ja już zagotowałem w środku.
- Czego chcesz, dziwaczna pokrako? - odrzekłem, wykonując ekeftowny obrót w jego kierunku, jak modelka pokonująca zakręt na wybiegu.
- Nie zaczynajcie, bo zaraz będę musiała interweniować. - ostrzegła Anabelle, na co zaniosłem się cichym śmiechem.
Kolejne dni mijały mi na przedrzeźnianiu się z nowym "kolegą od siedmiu boleści" a końca jak nie ma, tak nie było w dalszym ciągu widać. Lubiłem być irytujący dla swoich współtowarzyszy - przynosiło mi to wiele niewytłumaczalnej radości (jeżeli tak mogłem nazwać uczucie mi przy tym towarzyszące). Wkrótce stało się to moim hobby, później obsesją, a następnie czynnością bez której wręcz nie mogłem się obejść. Nasze sympatyczne stadko powiększało się z dnia na dzień, toteż zawsze działo się coś ciekawego. Od czasu dołączenia do watahy jeszcze nigdy nie miałem tak wiele rzeczy do roboty: Loner okazała się być istną pedantką. Wiedziałem, że skubana się z czymś czaiła! Kazała wszystkim sprzątać jaskinię i kontrolowała każdego kto z niej wychodził. Bez przerwy daremnie próbowałem wywinąć się od obowiązków, ale ta zawsze znalazła sposób by mnie złapać. Zdarzały się wyjątki, kiedy jakimś cudem udało mi się czmychnąć i zwalić całą robotę na Hayden'a. Strasznie się wtedy wkurzał, a ja dostawałem od niego do głowie. Miałem swój charakterek i zasady, lubiłem dłuższe pogawędki z innymi wilkami, ale zawsze potem odczuwałem ogromną potrzebę bycia samemu. Oddalałem się wtedy od grupy i patrząc w niebo pogrążałem się w swoim świecie. Alfa nie zaglądała już więcej do mojej głowy - zwróciłem się do niej z prośbą, aby tego nie robiła, bo inaczej stanę się jeszcze bardziej osowiały i nie będę z nią rozmawiał. Nie miała wyboru - musiała ustąpić. Stawianie się Anabelli? Przede wszystkim darzyłem ją szacunkiem (a nie obdarzałem min praktycznie nikogo), darzyliśmy się cieńką nicią sympatii, ale na tym był koniec.
Pewnego dnia Loner przerwała trwającą od dłuższego czasu sielankę.
- Podczas spaceru zauważyłam odciski łap obcych wilków na obrzeżach terenów obok Wodospadu. Ślady wciąż są świeże, a to znaczy, że wróg nie odszedł daleko.

[Ktoś?]

niedziela, 26 października 2014

Od Anabelle C.D. Vanisa

Szczerze podziewa wszy nie wiedziałam kompletnie gdzie jestem. Wszędzie było ciemno, nie widać było żadnych gwiazd ani księżyca były one przysłonięte ciemnymi chmurami. Poczułam się jak w jaskini, w której byłam więziona dlatego widać było u mnie przerażenie i strach. Pociechą dla mnie była świadomość że mam ze sobą kompana. Nie wykazał on żadnych uczuć dlatego też nie mogłam się dostać do jego umysłu.
-Może powinniśmy poczekać aż wzejdzie słońce ? - zasugerowałam pytanie licząc, że odpowiedź będzie pozytywna
-Hmm, nie jest tu zbyt bezpiecznie powinn...
Nagle przerwał, gdy zauważył, że moje oczy zaczynają zmieniać kolor oraz świecić. Wilk podbiegł do mnie
-An, co się dzieje? - wtedy oczy powróciły do normalnego stanu
-Nic, idziemy tędy
Doświadczyłam wizji przy której dowiedziałam się w którą stronę mamy iść. Widziałam, że nie podobało się to Vanitasowi
-Skąd wiesz, że w dobrą stronę idziemy?- zapytał zirytowany
-Nie wiem. Mam takie przeczucie
Przez resztę podróży Van się nie odezwał. Zastanawiałam się czy nie zacząć jakiejś rozmowy, ale oboje już byliśmy zmęczeni chodzeniem. W oddali zauważyłam znajomy widok. Było to wejście do jaskini. Z ulgą weszliśmy do środka, wszyscy już spali.
-Słuchaj przepraszam za to oprowadzanie. Najwyraźniej jestem w tym słaba - odpowiedziałam z lekkim wstydem
-Nieważne, było nawet fajnie
-Kłamiesz - uśmiechnęłam się do niego
-Tak - odwzajemnił uśmiech
Poszłam się położyć i wnet zasnęłam.

[Vanitas?]

Od Nave'a - "Prosta linia"

Nigdy nie słyszałem takiego kłamstwa.
Świat mnie zabija. Czuję się jak mucha goniona przez nieustępliwego i spragnionego pokarmu kruka.
-Sądzicie, że w coś takiego uwierzę?! - warknąłem na duchy stojące przede mną. Choć nie wiedziałem, co czułem, wiedziałem, że było to wstrętne, złe uczucie. - Od nie wiem jak dawna wędruję po tych beznadziejnie szerokich górach i polach, a jednej żywej istoty nie widziałem! Teraz mówicie, że tutaj jest wataha?! Żałosne!
Leżałem w skalnej wyrwie, nad którą wisiała niebezpiecznie naderwana skarpa skalna. Zatrzymałem się tutaj, bo chciałem chwilkę odpocząć. Łapy odpadały mi po długiej wędrówce przez zamarznięte, lodowe pole. Ale nie dano mi odsapnąć; chwilę po położeniu łba na ziemi, przede mną pojawiły się słabo widoczne sylwetki wilko-podobnych stworzeń z porożem.
-Wysłuchaj nas. Mówimy prawdę - stwierdziły chórem idealnie synchronizowanych głosów, odbijających się echem w mojej głowie.
-Czyżby? Dobrze, przekonamy się. Wskażcie mi drogę i wtedy pogadamy - odparłem z obojętnym wyrazem malującym się na pysku. Nie spodziewałem się, że duchy faktycznie pokażą mi odpowiedni kierunek. A jednak - zaskoczyły mnie. Zaczęły płynąć niewidzialną rzeką, nie dotykając łapami ziemi. Mimowolnie uniosłem brwi, choć wciąż nie wiedziałem, jaka emocja teraz rozlewa się po moim ciele. Nie potrafiłem nazwać tego uczucia, które po kilku sekundach wyparowało.
-Daleko do tej fałszywej wata... - zamilkłem, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Po kanionie wypełnionym wodą rozszedł się głuchy odgłos wycia. Bez żadnej emocji na pysku ruszyłem za duchami, zaczynając im wierzyć.
Zeskakiwałem skała po skale, wreszcie lądując na pewnym gruncie tuż nad rzeką, która przepływała pomiędzy dwoma skalnymi ścianami.
-Gdzie teraz? - zerknąłem na rozchodzące się do lasu duchy.
-Idź z nurtem tej rzeki. Na końcu pożywia się wilcze stado. Ale lepiej się śpiesz. Kończą już posiłek - ostrzegła jedna z istot i rozpłynęła się w powietrzu. Westchnąłem, nieco zniesmaczony wizją kolejnej długiego biegu. Mus to mus. Niechętnie ruszyłem, początkowo wolno, lecz z czasem nabrałem prędkości. Powietrze również zaczęło robić się lżejsze i poczułem idealną sposobność, by wzbić się w powietrze. Silny podmuch wiatru zleciał w kanion z wysoka. Przyśpieszyłem nieco, doganiając wirujące liście. Rozłożyłem skrzydła, jednym, pewnym pchnięciem tylnych łap odrywając się od ziemi. Z początku nieco mną szarpnęło, lecz już chwilę później leciałem równo i bezpiecznie na wysokości pięciuset metrów, wsłuchując się w dźwięki dochodzące z dołu.
Przeleciawszy cztery lub pięć kilometrów do nozdrzy dobiegł słaby zapach padliny. Oceniłem odległość pomiędzy mną, a moim celem na około dziesięć kilometrów. Wzbiłem się więc jeszcze wyżej, na około kilometr, by znaleźć bardzo lekkie i szybko poruszające się masy powietrza. Niesiony szybkimi podmuchami zdołałem pokonać przewidziany dystans w kilkanaście minut. Przebiłem się z powrotem przez chmury, by znaleźć się na wysokości dwustu metrów. Dostrzegłem przed sobą polanę, za którą rósł soczyście zielony las.
"Więc mroźne tereny mam już za sobą, hm?" - prychnąłem w myślach, wciąż zniżając i zniżając wysokość lotu.
Tuż nad brzegiem kurczącej się rzeki rzeczywiście pożywiała się grupka trzech wilków, czwarty natomiast znikał pomiędzy drzewami. Zanurkowałem gwałtownie. Udało mi się zwolnić w ostatnim momencie i zawisnąłem może dziesięć centymetrów nad ziemią, dwa metry przed pyskami sparaliżowanych ze strachu wilków.
Machałem skrzydłami raz po raz, zachowując się zupełnie poważnie.
Nie zdążyłem otworzyć nawet pyska, gdy silny wilk z białą głową przygniótł mnie do wilgotnego podłoża.
-Kim jesteś? - zawarczał złowrogo, ukazując lśniące kły. Miałem wrażenie, że nie dzieliło nas wtedy nawet powietrze.
-Nie wiem, ale bardzo chciałbym wiedzieć - odparłem, bez wysiłku odpychając basiora. Zanim ponownie zdążył zaatakować, już wisiałem jakieś dziesięć metrów nad rozszarpanym jeleniem i gapiłem się wszystkim zebranym prosto w oczy. - Mam na imię Nave.
-Co nas to? - parsknął ten sam wilk, który raczył powitać mnie atakiem.
-Ciebie może nic, to prawda. Ale nie wypowiadaj się również za przyjaciół - westchnąłem, lądując w tym samym miejscu, w którym zostałem powalony. - Jesteście tutejszą watahą?
-Owszem - odpowiedziała niebiesko-brązowa wadera, która początkowo wycofywała się do lasy. - A ty chciałbyś w niej być?
-Nie szukałbym was przez kilka tygodni, gdybym nie chciał - burknąłem. Przez chwilę miałem wrażenie, że jakieś przyjemne uczucie każe mi się uśmiechnąć, jednak zanim mózg zareagował i wysłał sygnały do pyska, nierozpoznana emocja zniknęła. Poczułem się beznadziejnie.
-Cóż. Jesteś dziwny. Możemy ci ufać? - zapytała ta sama wilczyca, podchodząc bliżej i obwąchując chustę zawiązaną na lewym oku oraz oglądając nietoperzowe skrzydło.
-Dajmy mu szansę - podsunęła druga wadera również w orzechowym kolorze.
-To moja decyzja - stwierdziła samica Alfa, jak mniemam.
-Ale nasza wspólna wataha - po tej ripoście nastało długie, głośne milczenie.
-To może jak już odnajdziecie tę piątą klepkę, to dajcie mi cynk, a ja wrócę - uśmiechnąłem się ironicznie.
-Nie bądź złośliwy - fuknął, jak się później okazało, Vanitas.
-Nie jestem złośliwy, tylko nieco pyskaty - zaśmiałem się, choć nie wiedziałem, jakie uczucie powinno temu towarzyszyć. - Nie zrażajcie się moim wyglądem. Pamiątka po demonie, którego już nie ma.
"Uważaj na słowa, fajtłapo" - ostrzegły resztki piekielnej istoty.
-Po demonie? Niezłe kłamstwo. Ile masz ich w zanadrzu? - warknął Vanitas, trącając mnie pyskiem w szyję. - Lepiej mów prawdę.
-Mówię prawdę - odparłem niemiłosiernie poważnie. Na tyle poważnie, by nieco przygasić podejrzenia wilczura.
-Więc jak będzie z moim członkostwem w waszej watasze?
-Na okres próbny, tak na wszelki wypadek.
Przyjęli mnie. Dali odrobinkę nadziei na lepsze jutro. Ale po co mi jutro, skoro może go nie dożyję?

[Anabelle?]

Nowy członek - Loner !

Szpieg

Nowy członek - Nave !

Szpieg

Od Amber C.D. Hayden'a

Zła na cały świat szłam jakimś zdziczałym lasem marząc o powrocie do swojej jaskini. Dzielnie przedzierałam się przez zarośla, aż w końcu zauważyłam soczytą łanię. Byłam głodna, nie miałm nic do jedzenia więc postanowiłam pokusić sie o małe plowanie. Zaczaiłam się, i czekając na odpowiedni moment napinałam coraz bardziej swoje mięśnie. Gdy zdobycz znajdowała się w idealnym miejscu zaaktakowałam. Co okazłao sie kożystene, bo zwierzyna nie miała najmniejszych szans. Kiedy zaczęłam jeść łanie zauważyłam jakś postać. "Żeby tylko nie był gadatliwy i przyjacielski" - pomyślałam zajmując się łupem.

Hayden?

Od Hayden'a

Kolejny w miarę spokojny dzień. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że słońce świeciło dziś nie ubłagalnie. Westchnąłem i ruszyłem wolnym krokiem w kierunku dość masywnego drzewa. Usiadłem pod nim i spojrzałem na błękitne niebo. Każdy normalny wilk by się uśmiechnął, ale jak widać, ja taki nie jestem. Moją uwagę zwróciła łania, która o dziwo znajdowała się jakieś pięć metrów ode mnie. Po tym usłyszałem cichy szelest w krzakach. Już długo sobie nie pożyje... Czekałem tylko, aż w końcu nasz 'łowca' wyjdzie z ukrycia.

[Ktoś?]

sobota, 25 października 2014

Od Vanitasa C.D. Anabelle

Wilk Ciemności kroczył ramię w ramię w wilkiem Światła. Czyż nie brzmi to absurdalnie, że zgodziłem się dołączyć do jej watahy? Być może, wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Każde towarzysto było lepsze od samotności, lecz nigdy na nią nie narzekałem. Noc była moją porą, prywatnym sanktuarium w którym zatracałem się bezpowrotnie aż do nadejścia brzasku.
- Vanitas? Boje się. - rzekła Alpha, a jej głos drżał.
- Nie ma czego. Ze mną nikt cię nie skrzywdzi. - zapewniłem, utrzymując jednostajne tempo chodu.
Szliśmy tak z dobre pół godziny, przez ten czas Anabelle nie odezwała się ani słowem. Kiedy zerkałem w jej stronę, raz po raz lekko się uśmiechała, ale nie miałem pojęcia z jakiego powodu. Zorientowałem się, że zamyśliła się wyjątkowo mocno. Już od pierwszej chwili, gdy tylko ją zobaczyłem - po prostu wiedziałem, że potrafi czytać w myślach. Ceniłem sobie swoją prywatność i nie życzyłem sobie by ktokolwiek poznał moje tajemnice. Dlatego rozmawiając z waderą, bardzo ostrożnie dobierałem słowa i starałem się wyciszyć ciało. Moja matka pochodziła z Plemienia Telepatów, nauczyła się wszelkich technik i sposobów, aby taki właśnie wilk nie był w stanie rozpoznać moich aktualnych myśli. Bardzo się z tego cieszyłem, bo pomimo, że Anabelle była moją przywódczynią, znałem ją zaledwie od dwóch godzin.
- I co? Poznajesz już okolicę czy dalej nic ci to nie mówi? - zapytałem zniechęcony ciągnącą się w nieskończoność wędrówką.

[Anabelle?]


Nowy członek - Sonaya !

Zabójczyni

Od Anabelle

W południe udałam się na spacer  po plaży. Idąc przez las słyszałam delikatny szum fal. Od razu zapomniałam o wszystkich przykrościach i ruszyłam dalej aby jak najszybciej ujrzeć morze. Gdy wyszłam z lasu na piach ujrzałam wilka. Cofnęłam się do tyłu uważając aby mnie nie zobaczył. Niestety stanęłam na gałąź, a on natychmiast się odwrócił. Miałam wrażenie nawet że wiedział że tu jestem. Podeszłam do niego.
-Witaj, jestem Anabelle - odezwałam się do nieznajomego
-Ja jestem Vanitas - odpowiedział
-Długo tak już wędrujesz ?
-Parę dni
-Widzę że jesteś zmęczony. Może chciałbyś zjeść coś lub się napić ?
-Chętnie ... dziękuję
Wtedy się do niego uśmiechnęłam i poprowadziłam do naszej watahy. Po drodze rozmawialiśmy o swoich przygodach, a potem zaproponowałam dołączenie. Vanitas się zgodził. Jako nowego członka watahy postanowiłam go oprowadzić po naszych terenach. Robiło się już ciemno i zawracaliśmy do jaskini, gdy nagle pomyliłam ścieżki i szliśmy w innym kierunku.
-Już dawno powinniśmy być w jaskini - powiedziałam zaniepokojona
-Czyli się zgubiliśmy - zaśmiał się sarkastycznie
-Tak - powiedziałam z powagą
Było ciemno, mogły się tu gdzieś kryć jakieś niebezpieczne stworzenia. Wszystko było możliwe.

[Vanitas, dokończysz?]

piątek, 24 października 2014

Od Vanitasa

Wędrowałem tak już od wielu dni, a wciąż otaczały mnie bezkresne pola pozbawione najmniejszych żyjątek. Często miałem wrażenie, że stoję w miejscu, że to moje astralne ciało ze snu porusza się za mnie, a ja głupi łudzę się jak długą drogę udało mi się pokonać. Mimo wszystko nie narzekałem, lecz uparcie parłem do przodu z nadzieją, że w końcu znajdę jakiegoś wilka, królika czy jakąkolwiek inną żywą istotę. Przez cały ten czas rozmyślałem o błahych sprawach: kogo spotkam podczas swojej samotnej wędrówki? Nie obchodziło mnie zbytnio jakie będzie miał zamiary wobec mnie, walka była częścią mnie i nigdy tego nie ukrywałem. Wręcz przeciwnie, wyraźnie pokazywałem kto tutaj rządzi. Wielu nadawało mi przydomek "brutalnej alfy", bo traktowałem wszystkich z góry i gardziłem wszystkimi wokół. Wtem zamiast suchego piachu pustyni poczułem pod łapami miękką, wilogtną od rosy trawę. Podskoczyłem z zachwytu i żwawszym niż dotychczas krokiem ruszyłem przed siebie. Jakież było moje zdziwienie, gdy zza gęsto rosnących drzew usłyszałem szum wody. I znów zawód - po raz kolejny poczułem piach. Mym ślepiom ukazało się ogromne, ciągnące się aż po horyzont morze. Piękna, lazurowa woda i fale pieniście rozbijające się o brzeg - nie pamiętam czy kiedykolwiek miałem przed oczami tak piękny widok. Wtem poczułem się obserwowany. Odwróciłem łeb w prawo i zauważyłem okazałą waderę o brązowym futrze, częściowo poprzecinanym niebieskimi pasami. Bił od niej tajemniczy blask. Patrzyliśmy na siebie z milczeniu, po czym usłyszałem jak w mojej głowie rozbrzmiewa jej delikatny głos.

Nowy członek - Vanitas !

Zabójca

Od Amber do ...

Szłam sobie jakąś ścieżką. Otaczał mnie zbyt szalony, kolorowy, głośny i rozbrykany świat. Nienawidzę go, nie tak sobie to wszystko wyobrażałam! Gdzie jest moje stare życie!? Z daleka widać był, że nie mam humoru i lepiej się do mnie nie zbliżać. Myślami wróciłam na chwilę do porannej rozmowy z alfą, nie rozumiem jej nienaturalnej radości. Siadłam sobie pod jakimś drzewem, ale usłyszałam:
- To moje miejsce! - głos dobiegał zza drugiej strony. Jednak nie przejmując się tym rozłożyłam się bezczelnie w tym miejscu, nie zamierzając ustąpić.

Jakiś ktoś ?

Nowy członek ! - Amber

Taktyk

czwartek, 23 października 2014

środa, 22 października 2014

Od Anabelle

Dzień jak co dzień. Obudziłam się jako pierwsza. Postanowiłam wybrać się na łowy sama i zaimponować Alphie zdobyczą. Poszłam do najbliższego lasu. Poranek był pochmurny i mglisty. Zataczała się co raz bardziej w głąb lasu i zobaczyłam dorosła sarnę. Od razu pomyślałam ze Alphy będą ze mnie dumne. Podkradłam się niezauważalnie i przystąpiłam do ataku. Chwyciłam gardło sarny i już było po wszystkim. Najcięższa robota to było przeniesienie martwego zwierzęcia. Ciągnęłam ja z wielkim trudem aż w końcu zauważyłam teren naszej watahy. Watahy ognia. Była to wataha gdzie wilki niższej rangi byli traktowani okrutnie niczym niewolnicy ale to był mój jedyny dom i myślałam ze tak już wszędzie jest. Zaniosłam sarnę do Alphy był to silny i ogromny basior bez serca nazywali go Diego gdyż nigdy nie chciał wyjawić swojego imienia. Zauważył mnie i dał znak swoim podwładnym aby się zajęli moja zdobyczą. Nie podziękował nawet tylko się patrzył na mnie. Zignorowałam to i poszłam się wyczyścić z krwi do najbliższego jeziora. Nie wiedziałam jednak o tym ze mnie ktoś śledzi. Zanurzyłam się w wodzie gdy jednak się wynurzyłam zobaczyłam zbliżającego się Alphe. Nie podobało mi się to...
-An podejdź - powiedział bez żadnych emocji
Wyszłam z wody i podeszłam do niego. Nagle poczułam przeszywający ból głowy. Ktoś mnie zaatakował od tylu uderzył w kark. Zemdlałam. Obudziłam się w miejscu ciemnym pełnym pajęczyn. Najprawdopodobniej była to jaskinia dawno nie odwiedzana. Jakaś ciemna postać zbliżała się do mnie, był to Diego. Próbowałam uciec lecz miałam przywiązanie łapy.
-Czego ode mnie chcesz ?! - krzyknęłam z przerażeniem
-Zaczęło się od twojego przyjścia do naszej watahy. Zapewne tego nie pamiętasz ale ja pamiętam to doskonale. Wiedziałem, że jesteś potomkiem naszych wrogów Watahy Światła. Inni członkowie zapewne by cię zabili lecz nie powiedziałem im o twoim pochodzeniu. Widziałem w tobie coś specjalnego
-Dlaczego mnie więzisz ? - spytałam powstrzymując łzy
-Bo cię pragnę. Widziałem w swojej wizji ciebie i się zakochałem. Lecz wiedziałem że nasz związek nigdy nie zaistnieje z powodu twojego pochodzenia, więc szukałem jakiegoś rozwiązania
-Zostaw mnie ! Nigdy się z tobą nie ożenię
-Ciii. Teraz ja mówię. Musisz zrzec się światła
-Nigdy!
-Zobaczymy ...
Wtedy odszedł w mrok i już go nie widziałam. Siedziałam w tej jaskini 3 tygodnie bez wody i bez jedzenia. Byłam na skraju śmierci. Przyśnił mi się sen. Byłam w lesie promienie słońca zatrzymywały się a liściach drzew. Usłyszałam tylko jedno słowo "libertà". I nagle się obudziłam. Znów widziałam mrok.Poddałam się. Nagle stała się światłość, nic nie widziałam po paru tygodniach mroku. Poczułam jak kajdany na moich łapach się urywają i jestem wolna. Trudno mi było utrzymać równowagę ale kierowałam się w stronę gasnącego światła.Był zakręt a gdy już zmieniłam kierunek było wyjście. Piękny zielony las. Czym prędzej ruszyłam przed siebie nie oglądając się. Biegłam tyle ile miałam siły. Moja wędrówka trwała 3 miesiące. Przez 3 miesiące odkryłam swój nowy żywioł (ziemia) oraz moce związane ze światłem. Gdy zaczynała się jesień ujrzałam pierwszą swoją wizje. Dotyczyła ona założenia watahy. Ujrzałam pewne problemy lecz zawsze kończyły się dobrze. Po wizji postanowiłam założyć watahę. Rozejrzałam się po okolicy i wybrałam tereny watahy.

Wataha Ostatniej Nadziei

Witam !
Chciałabym ogłosić że wataha zostaje otwarta ! Serdecznie zapraszam do dołączenia i rozgłaszania watahy po przez banery. Wiem że jest okres szkolny i trzeba się uczyć, ale sądzę że każdy znajdzie któregoś dnia wieczór na napisanie opowiadania.
Pozdrawiam !