piątek, 24 października 2014
Od Vanitasa
Wędrowałem tak już od wielu dni, a wciąż otaczały mnie bezkresne pola pozbawione najmniejszych żyjątek. Często miałem wrażenie, że stoję w miejscu, że to moje astralne ciało ze snu porusza się za mnie, a ja głupi łudzę się jak długą drogę udało mi się pokonać. Mimo wszystko nie narzekałem, lecz uparcie parłem do przodu z nadzieją, że w końcu znajdę jakiegoś wilka, królika czy jakąkolwiek inną żywą istotę. Przez cały ten czas rozmyślałem o błahych sprawach: kogo spotkam podczas swojej samotnej wędrówki? Nie obchodziło mnie zbytnio jakie będzie miał zamiary wobec mnie, walka była częścią mnie i nigdy tego nie ukrywałem. Wręcz przeciwnie, wyraźnie pokazywałem kto tutaj rządzi. Wielu nadawało mi przydomek "brutalnej alfy", bo traktowałem wszystkich z góry i gardziłem wszystkimi wokół. Wtem zamiast suchego piachu pustyni poczułem pod łapami miękką, wilogtną od rosy trawę. Podskoczyłem z zachwytu i żwawszym niż dotychczas krokiem ruszyłem przed siebie. Jakież było moje zdziwienie, gdy zza gęsto rosnących drzew usłyszałem szum wody. I znów zawód - po raz kolejny poczułem piach. Mym ślepiom ukazało się ogromne, ciągnące się aż po horyzont morze. Piękna, lazurowa woda i fale pieniście rozbijające się o brzeg - nie pamiętam czy kiedykolwiek miałem przed oczami tak piękny widok. Wtem poczułem się obserwowany. Odwróciłem łeb w prawo i zauważyłem okazałą waderę o brązowym futrze, częściowo poprzecinanym niebieskimi pasami. Bił od niej tajemniczy blask. Patrzyliśmy na siebie z milczeniu, po czym usłyszałem jak w mojej głowie rozbrzmiewa jej delikatny głos.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz